Opowiadanie: „Zimny fotel”

Drzwi zadzwoniły o 21:17. Magda, owinięta w szlafrok, myślała, że to mąż wrócił i zapomniał kluczy. Z irytacją odsunęła zasuwę. Za drzwiami stało dwóch policjantów. Młodszy patrzył na swoje buty. Starszy, o twarzy zmiętej jak zużyta koperta, wypowiedział zdanie, które zmieniło wszystko: „Pani Magdo? Proszę usiąść. Dotyczy to Pani męża, Pawła”.
Lexus. Leasing. Dąb przy drodze powiatowej. Dwie godziny temu. Śmierć natychmiastowa. Nie cierpiał. Czy może Pani do kogoś zadzwonić?
Potakiwała, ściskając poręcz fotela. Wargi miała spierzchnięte, a w uszach szum. Gdy wyszli, zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i spojrzała na pusty wieszak w przedpokoju, na którym zwisał jego ulubiony skórzany pasek. I wtedy, ku własnemu przerażeniu, poczuła to. Nie żal. Nie rozpacz. Ulgę. Głęboką, fizjologiczną ulgę, jak po usunięciu z organizmu złośliwego guza.
Miała trzydzieści lat. Byli małżeństwem pięć. W pierwszym roku dawał jej kwiaty i mówił, że jest z niej dumny. Potem przyszły awanse, presja, alkohol. I pierwszy raz, gdy ją uderzył – za to, że za głośno krzyczała podczas kłótni, gdy on jadł kolację. Kolacja jest święta – mówił. O co się pokłócili? Magda nie pamięta. Pamięta za to litanie przekleństw, symfonię poniżania, którą ją uraczył i ten ból głowy, siniec na kości policzka.
Potem przyszło zamknięcie w sypialni na klucz, bo „musiała się uspokoić”. A w końcu tamta noc, po imieninach u siostry, gdy, pijany i wściekły, że nie okazała mu w samochodzie należytej uwagi, wparował do łazienki, gdy stała pod prysznicem, i wbił ją twarzą w zimne kafelki. Pamiętała zapach jego whisky zmieszany z parującą wodą i własną krwią z rozciętej wargi. To nie był seks. To był akt własności.
Tabletkę „dzień po” kupiła jej siostra. Komuś musiała się zwierzyć.
Teraz stała w ich wadowickim mieszkaniu – jego fortecach, jego królestwie – i czuła, jak mury zdają się rozszerzać, oddychać. Jego fotel przed telewizorem wyglądał nagle jak martwy eksponat w muzeum. Jego kubek z napisem „Szef”. Jego antyperspirant w łazience, którego zapach zawsze przyprawiał ją o mdłości.
Podeszła do okna. Na zewnątrz noc była zwyczajna. Czyjeś życie toczyło się dalej. A jej właśnie się skończyło. I zaczęło na nowo.
Pogrzeb. Pomyślała o tym z zimnym, niemal naukowym zainteresowaniem. Jak powinna się zachować? Czy będzie potrafiła wycisnąć łzy?
Zastanawiała się poważnie, czy w aptece sprzedają jakieś tabletki wywołujące płacz. Próbowała kiedyś z cebulą, ale to nie działało, a zapach zdradzał intencje. Może krople do oczu?
Wystarczy, że będzie stała z opuszczoną głową, a wszyscy pomyślą, że płacze. Będą ją pocieszać. „Taka młoda, taka straszna tragedia”. Będzie musiała gryźć wargi, by nie parsknąć im w twarze śmiechem, tym dzikim, wyzwalającym śmiechem, który czuła, jak narasta gdzieś w jej przeponie.
Spojrzała na swoje odbicie w szybie. Trzydziestoletnia kobieta. Wdowa. Z pustym życiorysem zawodowym, bo „jej pracą jest bycie jego żoną”. Z kontem bankowym, nad którym miał absolutną kontrolę. Z duszą stłamszoną, ale – jak się nagle okazało – nie do końca martwą.
Podeszła do jego biurka, otworzyła szufladę. Leżały tam kluczyki od drugiego samochodu, jego paszport, portfel. Wzięła go do ręki. Pełen banknotów. I karty kredytowe. Wszystko to było teraz… czyje? Jej? Spadkobiercy. Była jedyną spadkobierczynią.
Położyła portfel na biurku. Nie czuła smutku. Nie czuła gniewu. Czuła tylko ogromną, niematerialną pustkę, którą można było wypełnić absolutnie wszystkim. Pomyślała o studiach, które rzuciła dla niego. O przyjaciołach, od których ją odciął. O pracy, której jej zabronił.
Wzięła swój telefon. Przewinęła kontakty. Zatrzymała się na nazwisku koleżanki z roku, Agaty, która prowadziła teraz kancelarię adwokacką w Krakowie. Była 22:48. Nie wypadało dzwonić. Ale śmierć męża chyba zwalniała z konwenansów.
„Agata? Przepraszam, że o takiej porze… To Magda. Magda z roku. Tak, wiem, że nie rozmawiałyśmy lata…” – jej głos zabrzmiał dziwnie obco, ale stabilnie. – „Stało się coś… Chciałabym umówić się na spotkanie. W sprawie spadkowej.”
Odłożyła telefon. Nie zadzwoniła do matki. Nie zadzwoniła do siostry. Najpierw prawnik. Potem reszta.
Usiadła na jego fotelu. To było pierwsze świadome wykroczenie przeciwko jego pamięci. Dotknęła skórzanego oparcia. Było dziwnie zimne. Wzięła głęboki oddech. W powietrzu unosił się jeszcze jego zapach, ale wiedziała, że to tylko kwestia czasu, zanim wywietrzeje.
I po raz pierwszy od pięciu lat, Magda uśmiechnęła się nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że… po prostu chciała. Był to uśmiech niepewny, pełny bólu i przerażającej nadziei. Ale był jej. Tylko jej.
*
Pogrzeb Pawła odbył się pod koniec szarego, ołowianego dnia. Jesień w Wadowicach pachniała gnijącymi liśćmi i wilgocią przenikającą do kości. Magda stała nad otwartym grobem, otoczona przez jego rodzinę i kolegów z pracy – stado czarnych, ponurych sylwetek przeciwko szarzyźnie nieba. Czuła na sobie ich spojrzenia, badawcze i pełne oczekiwania. Była wdową. Miała rolę do odegrania.
Dźwięk trąbki strażackiej, grającej „Ciszę”, przedarł się przez mokre powietrze. Był to fałszywy, żałosny dźwięk, który bardziej niż z żałobą kojarzył się z prowincjonalną uroczystością. Magda, w czarnym, zbyt dużym płaszczu, który narzuciła na chybił trafił, wpatrywała się w prostą, dębową trumnę. To w niej spoczywało źródło jej pięcioletniego więzienia, mężczyzna, którego nienawidziła z taką intensywnością, że aż stało się to częścią jej metabolizmu.
Ostatni akt, pomyślała, obserwując, jak trumna zaczyna powoli zjeżdżać w dół. Jej myśli były chłodne, analityczne.
Spektakl, w którym gram główną rolę, a publiczność oczekuje łez, których nie mogę wyprodukować.
Wzięła wcześniej dwie tabletki przeciwbólowe, nie dlatego, że coś ją bolało, ale w nadziei, że jakoś poruszą jej gruczoły łzowe. Bezskutecznie. Jej suchość oczu była teraz jej piętnem.
I wtedy, w momencie, gdy liny miały już opuszczać trumnę do wilgotnej czeluści, pojawiła się Ona.
Kobieta. Mniej więcej w jej wieku. Ubrana nie w praktyczny, prowincjonalny żałobny uniform, ale w obcisłą, czarną sukienkę, która podkreślała każdą krągłość. Buty na wysokim, cienkim obcasie, które wbijały się w rozmokłą ziemię z niemal obsceniczną determinacją. Była blondynką o olśniewającej, nieco sztucznej urodzie, która przykuwała wzrok jak flesze paparazzich. W dłoni trzymała jedną, pojedynczą, czerwoną różę.
Panowała absolutna cisza, przerywana tylko skrzypieniem lin. Wszystkie oczy, wcześniej utkwione w Magdzie, teraz przylgnęły do tej kobiety. Przeszła przez zgromadzenie z gracją i pewnością siebie, która nie miała tu prawa bytu. Podeszła do krawędzi grobu. Nie spojrzała na nikogo. Jej wzrok był utkwiony w wieku trumny. Przez chwilę stała nieruchomo, jak posąg, a potem, z wyrafinowaną, niemal ceremonialną powolnością, położyła czerwoną różę na ciemnym drewnie.
Czerwień kwiatu na tle dębu była tak wyrazista, tak gwałtowna, że aż wydawała się krwawić. To nie był gest żałoby. To był manifest.
Kobieta odwróciła się i odeszła tym samym pewnym krokiem, nie patrząc na nikogo, jej obcasy pozostawiały w ziemi głębokie, okrągłe ślady. Zostawiła za sobą falę oszołomienia, pomieszanego z oburzeniem. Szeptane pytania: „Kto to był?”, „Czy ją znasz?”, „Co to miało znaczyć?”.
Magda stała jak sparaliżowana.
Fala gorąca, a potem zimna, przetoczyła się przez jej ciało. To była czysta, nieprzetworzona furia, zmieszana z poczuciem głębokiego upokorzenia. Nawet w śmierci Paweł znalazł sposób, by ją poniżyć. Jego przemoc trwała, przybrała nową, wyrafinowaną formę. Ta kobieta, jej młodość, jej uroda, jej bezczelny gest – to był ostatni, cichy policzek wymierzony Magdzie. Patrzcie na nią, zdawał się mówić ten czyn. Ona była kimś. A ty? Jesteś tylko smętną wdową w zbyt dużym płaszczu.
Nienawiść do Pawła, która już zaczynała się rozmywać w uldze, teraz powróciła ze zdwojoną siłą. Ale pod tą nienawiścią, jak trujący kwiat, kiełkowała teraz inna, bardziej niebezpieczna emocja: ciekawość. Obsesyjna, paląca ciekawość.
Kim była ta kobieta? Jaka była jej historia z Pawłem? Czy była jego kochanką? Kolejną ofiarą? A może kimś zupełnie innym? Czerwona róża. Symbol miłości, namiętności, ale też krwi. Gest tak teatralny, że aż absurdalny w tej jesiennej szarudze, a jednocześnie przerażająco skuteczny.
Trumna z różą na wieku zniknęła w ciemności. Grabarze zaczęli przerzucać na nią pierwsze grudy ziemi. Odgłos był głuchy, ostateczny. Ceremonia dobiegła końca. Ludzie zaczęli się rozchodzić, rzucając Magdzie niepewne, pełne współczucia spojrzenia, które teraz wydawały się jej szyderstwem.
Magda stała sama, długo po tym, jak wszyscy odeszli. Deszcz mżył, spływając po jej twarzy jak imitacja łez. Nie czuła zimna. Czuła tylko palące pytanie, które teraz wypełniało całą jej istotę.
Koniec jej związku z Pawłem nie był końcem historii. Był jedynie otwarciem nowego, mroczniejszego rozdziału. A kluczem do niego była tajemnica kobiety w czerni, która przyszła położyć czerwoną różę na trumnie jej oprawcy. Magda wiedziała już, że zanim zacznie swoje nowe życie, musi najpierw odkryć, kim była ta kobieta i co łączyło ją z człowiekiem, którego nienawidziła. Śmierć nie przyniosła katharsis. Przyniosła nową, bardziej wyrafinowaną torturę – torturę niewiedzy.
*MP
Czytaj więcej
Chcesz, abyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas. Listy od Internautów już wielokrotnie nas inspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Napisz do Nas: portal@bumber.pl