Neutralność płciowa w ogłoszeniach o pracę: Prawo bez zębów, ale z pazurem?

W gabinecie Głównego Inspektora Pracy panuje chwilowe, prawne zawieszenie. Nowe przepisy, które od 24 grudnia 2025 roku nakazują pracodawcom stosowanie neutralnych płciowo nazw stanowisk, nie zawierają jednej kluczowej rzeczy: sankcji administracyjnych. W praktyce oznacza to, że Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) nie może nałożyć mandatu na firmę, która w ogłoszeniu wciąż poszukuje „młodej sekretarki” lub „dynamicznego sprzedawcy”.

Obecnie przepisy nie zawierają wprost sankcji za naruszenie nowych przepisów w ogłoszeniach o pracę – przyznaje w rozmowie z PAP Główny Inspektor Pracy, Marcin Stanecki.

To sytuacja tymczasowa, rodzaj prawnej próżni. Inspekcja może interweniować, pouczać, ale nie ukarać.

Nie oznacza to jednak, że pracodawcy mogą bezkarnie ignorować nowe regulacje, wprowadzone w ramach unijnej dyrektywy o transparentności wynagrodzeń.

Prawo, pozbawione „zębów” administracyjnych, wciąż ma wyraźny „pazur” sądowy.

Kandydatka bądź kandydat […] którzy poczują się nierówno traktowani treścią ogłoszenia […] mogą złożyć pozew do sądu pracy o odszkodowanie – podkreśla Stanecki.

Sąd, w przypadku uznania roszczeń, może przyznać rekompensatę w wysokości nie niższej niż minimalne miesięczne wynagrodzenie, które w 2026 roku wynosi 4806 zł brutto.

Nadchodząca rewolucja i językowa mgła

Ten stan zawieszenia prawdopodobnie nie potrwa długo. Termin na implementację pełnej unijnej dyrektywy w sprawie równości kobiet i mężczyzn mija 7 czerwca 2026 roku.

Jak zapowiada rzecznik PIP, Mateusz Rzemek, nowe przepisy mają objąć nie tylko ogłoszenia, ale także wprowadzić np. prawo pracowników do pytania o średnie zarobki na podobnych stanowiskach w firmie, by weryfikować ewentualne luki płacowe.

Prawdziwy dylemat, który wyłania się spoza suchych paragrafów, ma naturę lingwistyczną. Zmiany wzbudziły głosy zaniepokojenia zarówno wśród pracodawców, jak i językoznawców. Obowiązek stosowania neutralnych nazw nałożono bez aktualizacji oficjalnej klasyfikacji zawodów i bez dostarczenia jednolitych wzorców.

Czy „kelner” ma stać się „osobą serwującą”? Czy „murarz” – „specjalistą od murowania”?

Brak oficjalnych wytycznych, o który mówi biznes, prowadzi do nieuniknionego chaosu i subiektywnych interpretacji.

Pracodawcy stoją przed zadaniem nie tylko prawnym, ale i translatorskim, obawiając się, że wymagania kompetencyjne rozmyją się w gąszczu nieudolnie zdynamizowanych form.

W tej chwili system opiera się na dobrej woli i strachu przed pozwem.

To model hybrydowy: państwo stwarza ramę, ale egzekucję w dużej mierze powierza obywatelom, którzy muszą sami upomnieć się o swoje prawa przed sądem.

Czas pokaże, czy ta metoda okaże się skuteczna, czy też – w obliczu językowej mgły – jedynie źródłem nowych sporów, w których sądy pracy staną się nieoczekiwanie ostatnimi instancjami normowania języka polskiego.